18 czerwca 2010

Nie doświadczyłam co prawda w dzieciństwie żadnej tragedii, która położyłaby się cieniem na moim życiu, byłam jednak pozbawiona bardzo ważnych przeżyć, które zapewniają mocny fundament jasnego poczucia akceptacji i własnej wartości. Rodzice, choć kochali mnie i mojego brata, z powodu własnych trudnych historii życiowych nie umieli wyrażać tych uczuć w sposób, który przemówiłby do naszych serc. Tata należał do osób, które wycofują się z życia rodzinnego, a w momentach problemów wychowawczych mówił zawsze do naszej mamy „zrób coś z tym twoim dzieckiem”. W domu było sporo śmiechu i ciekawych, intelektualnych dyskusji, rozmowy rzadko jednak dotyczyły kwestii głębokich, osobistych, rzadko stanowiły wyraz uczuć i więzi międzyludzkich. W rozmowach nie występował również nigdy Bóg. Rodzice wyznawali „nowoczesne” filozofie oświeconego racjonalizmu, tolerancji w dziedzinie wierzeń i relatywizmu jeśli chodzi o prawdę i dogmaty.
W związku z brakiem głębokich relacji w rodzinie oraz pozytywnych komunikatów ze strony rodziców na temat tego kim jestem i co dla nich znaczę, wyrosłam na bardzo samotną, zagubioną, niepewną, desperacko spragnioną miłości i akceptacji nastolatkę. Zaspokojenia owej bolesnej pustki w moim sercu zaczęłam szukać w najmniej odpowiednich miejscach. Jako dosyć wyrośnięta dwunastolatka z powodzeniem udawałam przed „dużymi” 17-18-letnimi chłopakami, że mam szesnaście lat, po to, żeby móc się z nimi całować i przytulać. Jako siedemnastolatka i osiemnastolatka zaś wiele razy wypatrywałam nerwowo objawów menstruacji, w obawie, że jestem w jakże wtedy niepożądanej ciąży. Od piętnastego roku życia paliłam nałogowo, imprezowałam, regularnie piłam i wracałam pijana do domu. Byłam na najlepszej drodze na dno.
W liceum spotkałam w mojej klasie dziewczynę, która należała do katolickiej „Oazy”. Była bardzo radykalna i dość naiwna w swoim przeżywaniu wiary, w związku z czym większość klasy uznawała ją za dziwaczkę i nie za bardzo wypadało się z nią zadawać. Koleżanka ta z jakiejś przyczyny bardzo mnie polubiła i często zapraszała mnie na różne oazowe wydarzenia. Choć zawsze znajdowałam wymówkę, aby odmówić, ona nie obrażała się, ani nie poddawała się. Choć irytowałam się jej natręctwem, jednocześnie zazdrościłam jej w głębi serca, że potrafi w coś tak mocno wierzyć. Zazdrościłam jej, że jej wiara daje jej odpowiedzi, ład i wewnętrzny pokój, których ja nie miałam. Byłam jednak głęboko przekonana, że ja po prostu należę do tego gatunku ludzi, który nie jest stworzony do wierzenia - choćby bardzo chciał. Nie mogłam sobie w żaden sposób wyobrazić siebie jako osoby wierzącej.
W końcu wysiłki mojej koleżanki zaowocowały tym, że poszłam na jedno „ogólne” spotkanie grupy oazowej i jedno spotkanie małej grupy u kogoś w domu. Na spotkaniu małej grupy omawialiśmy Cztery Prawa Duchowego Życia. Były ładne ilustracje i całkiem logiczne podpisy do obrazków, które pokazywały, że człowiek jest za mały, żeby doskoczyć do Boga, choćby nie wiem jak skakał. Dlatego Jezus umarł, aby Jego krzyż stał się mostem między niebem a ziemią. Nie ma więc innego sposobu, żeby dotrzeć do Boga, jak tylko przez krzyż Jezusa - a nie przez własne starania i akrobacje. Nie pamiętam dlaczego, ale na koniec spotkania, na zaproszenie gospodyni, razem z innymi wyznałam, że wierzę, że Jezus jest jedyną drogą do nieba i że powierzam Mu swoje życie.
W tamtym czasie moje życie wcale się nie zmieniło. Przez następne dwa, trzy lata kontynuowałam w jeszcze bardziej przerażający sposób moje spadanie na dno. Tak było aż do czasu, gdy miałam prawie dziewiętnaście lat. W tym czasie zmarła moja babcia. Nie pamiętam dlaczego zostałam w domu, kiedy rodzice z bratem pojechali na pogrzeb poza Warszawę. Chciałam skorzystać z „wolnej chaty” i zorganizować małą imprezę dla najbliższych przyjaciół, koledzy jednak zaczęli zapraszać kolejnych coraz bardziej „szemranych” kumpli i sprawy wyrwały się spod kontroli. Około trzeciej nad ranem zostałam sama w zdemolowanym mieszkaniu. Sprzątałam do rana, nie wszystko jednak dało się ukryć. Niektóre rzeczy rodziców zostały skradzione. Kratki wentylacyjne w toalecie i łazience były wyłamane. Niektóre klamki były powyrywane. Tu i ówdzie były poobrywane tapety. Na kanapach widać było dziury po papierosach.
Koło dziesiątej przyszła koleżanka mi pomóc. Kiedy siedziała u mnie, wiklinowy kosz, który stał na mojej szafie zaczął nagle skakać i gwałtownie się kiwać, tak jakby w środku było jakieś żywe stworzenie. Przestraszyłam się, że ktoś włożył do środka szczura albo gołębia. Byłam tak zmęczona, że poprosiłam Beatę, aby popatrzyła za mnie co tam jest. Kiedy jednak wyjęła wszystkie zimowe rzeczy, które tam trzymałam, niczego nie znalazła. Kosz nie był dziurawy, a w środku niczego żywego nie było. Byłam wtedy przekonana, że to duch babci się na mnie denerwuje, co jeszcze bardziej mnie przybiło - choć teraz wiem, że to diabeł próbował dodać mi cierpień i lęku.
Kiedy rodzice odkryli co się stało, nie chcieli ze mną rozmawiać. Tata powiedział tylko „Idiotka” i więcej nie chciał na mnie nawet patrzeć. Mama powiedziała, że dobrze, że mają jeszcze mojego brata i że jeśli kiedykolwiek odbuduję u nich kredyt zaufania, będę musiała na to pracować latami.
Tak bardzo szukałam miłości akceptacji, a tymczasem znalazłam się w sytuacji, kiedy byłam całkiem sama, odrzucona przez rodzinę i zdradzona przez przyjaciół. Nie chciało mi się żyć, a jeśli myślałam o Bogu, to byłam na Niego wściekła - o ile w ogóle istniał. Następnego dnia jednak była niedziela. Zwykle w ten dzień wychodziłam rano „do kościoła”, tzn. szłam na czas Mszy do kawiarni ze znajomymi na lampkę wina i kilka fajek. Teraz jednak nie miałam znajomych, nie miałam pieniędzy i na dodatek padał deszcz. Poszłam więc pierwszy raz od wielu lat do kościoła - po to, żeby nie zmoknąć i gdzieś się w ogóle podziać. Stanęłam gdzieś z tyłu i nie zwracałam uwagi na to co się dzieje. Nie klękałam, nie żegnałam się, nic nie mówiłam, nic nie słyszałam. Byłam całkowicie pochłonięta moim poczuciem rozpaczy i bezsensu.
Nagle, kiedy Msza się już skończyła, niespodziewanie poczułam, jak do mojego serca wstępuje nadzieja. Było to prawie fizyczne doznanie, tak jakbym była naczyniem, do którego ktoś wlewa oliwę. Wypełnił mnie pokój, otucha i nagłe olśnienie, że ten dzień to tak naprawdę początek odbudowy mojego życia - że niedługo będę miała nowych znajomych, że Ktoś większy ode mnie nie pozwoli, aby rodzice długo się na mnie gniewali i że czeka mnie jeszcze mnóstwo ekscytujących rzeczy w życiu. Ta nagła zmiana w nastawieniu nie była wynikiem moich własnych przemyśleń ani niczego, co usłyszałam na kazaniu albo w liturgii. Stało się to całkiem nagle, tak jakby ktoś, kogo nie znałam i nie oczekiwałam, przyszedł i zapalił światło w ciemnym pokoju.
Zdążyłam tylko jeszcze usłyszeć w ogłoszeniach parafialnych, że od następnego dnia zaczynają się rekolekcje wielkopostne. Wiedziałam, że muszę na nie przyjść. Rodzice nie wierzyli mi, że chodzę do kościoła, mnie to jednak nie zrażało. Grzecznie odpowiadałam im, o której będę w domu i nigdy się nie spóźniałam. W domu rozpierała mnie energia do prac domowych, a mama, choć dalej bardzo urażona, z nadąsaną miną udzielała mi instrukcji jak wykonywać różne rzeczy koło domu, których dotychczas nigdy nie chciałam tknąć palcem. Kiedy w czwartek spytałam mamę czy ma jakieś ubrania do oddania dla domów dziecka, bo w kościele jest zbiórka, rodzice zaczęli wreszcie dopuszczać do siebie myśl, że chyba faktycznie coś się we mnie zmieniło.
Rekolekcje same w sobie nie były w żaden sposób znaczące, nie zmienia to faktu, że w moim wnętrzu coś się działo. To coś nie było wywołane żadnymi przemowami ani lekturami. To po prostu było. Entuzjazm, brak jakiegokolwiek niepokoju o przyszłość, jasne przekonanie co mam robić każdego dnia. Było niesamowicie.
Na koniec rekolekcji ksiądz zaprosił chętnych na agapę - specjalne przyjęcie - z okazji Wielkiego Czwartku, organizowane przez miejscową wspólnotę oazową. Poszłam na to spotkanie… A reszta to już kolejna jeszcze bardziej fascynująca opowieść.
Zaczęłam regularnie uczestniczyć w spotkaniach tej wspólnoty, gdzie dowiedziałam się, co tak naprawdę się ze mną wydarzyło. Dowiedziałam się o Duchu Świętym mieszkającym w sercach ludzi, którzy oddali swoje życie Jezusowi, o tym jak realnie leczy on ich rany, podpowiada co robić, pociesza, umacnia. Doświadczam Jego cudownej obecności w moim życiu już od 22 lat - od marca 1988 r. Zostałam uwolniona z nałogu nikotynowego, z uzależnienia od seksu, z wielu głębokich zranień, lęków i urazów, których żadne rzeczy tego świata nie były w stanie zagłuszyć ani ukrócić. Miałam okazję osobiście być świadkiem wspaniałych, nadprzyrodzonych sposobów Bożego działania, podobnych do tych, o których czytamy na kartach Nowego Testamentu. Ponad wszystko jednak cenne dla mnie jest to, że nadal, tak jak 22 lata temu, doświadczam tego, że w moim wnętrzu przebywa Duch Boży, który mnie pociesza, prowadzi i napełnia radością w najróżniejszych sytuacjach życiowych, że mam z Nim osobistą relację.
Wspólnota, w której rozpoczęłam moją drogę z Bogiem, w tej formie w jakiej funkcjonowała kiedy tam się pojawiłam, już nie istnieje, Pan jednak przez cały czas stawiał na mojej drodze wspaniałych braci i siostry w Chrystusie i prowadził mnie do miejsc, gdzie moja wiara wzrastała i gdzie mogłam - i dalej mogę - realizować moje powołanie. Choć ostatnie 22 lata były ekscytujące, wiem, że w Bogu najlepsze jest ciągle przede mną - bo On jest zawsze jeszcze wspanialszy niż dotychczas Go poznałam.
Warszawa, 25 lutego 2010










